Edukacja

Ogłoszenie laureatów konkursu literackiego.

Moi Drodzy,

Zainteresowanie konkursem przerosło moje najśmielsze oczekiwania! Również poziom nadesłanych prac był niesłychanie wysoki. Po wielu trudach i zarwanych nocach poświęconych na lekturę, z nieocenioną pomocą Anonimowych Undergroundowców, którzy bardzo pomogli zwłaszcza we wstępnej selekcji, postanowiłem przyznać nagrodę główną, nagrodę dla zdobywcy 2. miejsca oraz szereg wyróżnień. Pozwolę sobie umieścić obydwa zwycięskie opowiadania poniżej w wersji do przeczytania. Trwają jednak prace nad ciekawszą formą ich przedstawienia. Również wyróżnione materiały będę sukcesywnie publikował na blogu i nie tylko

Wasz Saper

Janusz Dobrzyński
"Dzięki wykrywaczowi metali odnalazłem pradziadka"

Historia ta wydarzyła się naprawdę…

Od najmłodszych lat, jak wielu zapewne, marzyłem o poszukiwaniu skarbów i… na marzeniach zeszło mi prawie 50 lat do czasu, gdy w moich rękach pojawił się wykrywacz metali. Radość była wielka, choć z początku nie wiedziałem nawet jak go obsłużyć. Dzięki uprzejmości i zaangażowaniu w pomoc Artura, który w temacie wie chyba więcej niż wszystko, udało mi się postawić pierwsze kroki w terenie z w miarę pozytywnym skutkiem. Wszystko co wyżej zbiegło się z moim ochotniczym udziałem w prowadzonych w ramach jednego z lokalnych projektów pracach archeologicznych, co przyczyniło się do ukształtowania świadomości w kwestii użycia wykrywacza w sposób nie kolidujący z obowiązującym prawem.

Zanim jednak podjąłem jakiekolwiek działania na większą skalę potrzebny był trening i po cichutku opanowywałem sprzęt kiedy się tylko dało. Tak też było podczas urlopu na Mazurach, gdzie ćwiczyłem na plażach, które cieszyły znajdowaną, obiegową gotówką.

Któregoś dnia mój gospodarz zapytał czy byłem na cmentarzu we wsi. Wiedząc, że takowego nie ma zdziwiłem się gdy zaprowadził mnie w krzaki, na górkę przy skrzyżowaniu, gdzie znajdował się ogrodzony resztkami żeliwnego płotka niewielki cmentarzyk, nie więcej niż kilka grobów. Brak było jakichkolwiek tablic czy krzyży.

- Sprawdź, czy tu czegoś nie ma, powiedział rozkazująco.

Z lekką obawą o to, czy w takim miejscu wypada, włączyłem sprzęt i omiotłem teren, starając się nie zbliżać się zanadto do samych grobów (jakoś dziwnie się w tym miejscu czułem). Niemal natychmiast sygnał wskazał obecność „czegoś” dużego, płytko pod ziemią. Po kilku minutach leżały przed nami pozostałości sporego, żeliwnego krzyża z obłamanymi ramionami i resztkami inskrypcji. Zrobiłem zdjęcie i zaproponowałem mojemu towarzyszowi, aby zakopać znalezisko z powrotem co też uczyniliśmy.

Wieczorem usiadłem przed laptopem i odczytałem napisy z krzyża. Widniały tam dwie ostatnie litery imienia, nazwisko oraz w całości miesiące oraz lata narodzin i śmierci.

Dziś wiem, że znalezienie przedmiotu powoduje, iż odczuwam poprzez niego więź z ostatnim posiadaczem, użytkownikiem… Wyobraźnia maluje w głowie sceny z udziałem osób, które były związane jako ostatnie przede mną z tym, co znalazłem.  Tak było i tym razem więc postanowiłem działać. Miejscowi nie mieli żadnej wiedzy na temat przeszłości wsi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w prawie każdej mazurskiej mieścinie jest cmentarzyk gdzie pochowani zostali ówcześni mieszkańcy Prus a dla mnie było niezrozumiałym, że w takim obecnie zapomnieniu. Dzięki determinacji, uporowi i internetowi, po tygodniu miałem GO! Juliusz (Julius) był w XIX wieku właścicielem okolicznych dóbr. To jednak nie wszystko. Przy okazji natrafiłem na portale genealogiczne i strony ze skanami akt metrykalnych. Kilka tygodni prac i dotarłem do przodków Juliusza. Luteranie, pochodzący z okolic Salzburga,  po 1731 roku zostali wysiedleni rozporządzeniem arcybiskupa nie godząc się z przymusowym przejściem na katolicyzm. Wywiodłem kompletną linię Juliusza od jego przodka, który wyemigrował do Prus.

Kolejnym po Juliuszu, który zaintrygował mnie z racji bytności w moim domu był Alojzy Kania.

Trzydzieści lat temu z samochodu wyładowanego po brzegi przedmiotami pochodzącymi ze sprzątanego strychu ocaliłem przed wysypiskiem coś, co wyglądało jak obraz w solidnej, dębowej ramie. Okazało się po wyczyszczeniu, że jest to meisterbrief- dyplom wystawiony przez izbę rzemieślniczą w Opolu na dowód zdanego egzaminu w zawodzie fryzjer- golarz człowiekowi urodzonemu w roku 1893 w Sośnicy (dziś dzielnica Gliwic). Był nim Alois Kania.

 „Obraz” wisiał u mnie przez ćwierć wieku aż nadszedł czas, by dowiedzieć się więcej. Korzystając z doświadczeń zdobytych na polu genealogii w przypadku Juliusza, odkryłem kolejne strony internetowe, dzięki którym ukazała mi się rodzina Kaniów, dość liczna, chyba w komplecie.

Dzięki kontaktom wśród lokalnych historyków- amatorów dowiedziałem się że Alojzy nie pracował w zawodzie tylko otworzył restaurację. 

Google posiadało wiedzę na temat ostatnich chwil Alojza.

W 1945 roku, po zajęciu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną, miały miejsce masowe aresztowania i deportacje ludności cywilnej do Związku Radzieckiego. Te działania, przeprowadzane przez NKWD i Smiersz, były częścią "Tragedii Górnośląskiej" i miały na celu dostarczenie darmowej siły roboczej do ZSRR. 

Alojzy zmarł w Woroszyłowgradzie, dzisiejszym Ługańsku.

Dociekliwość jeśli chodzi o wszelakie niebanalne znaleziska doprowadziła do poznania choć części historii osób, zamieszkujących miejsca, w których prowadziłem poszukiwania.

Młynarz Ronot z Miechowic i jego „dekiel” od fajki, Heinz Schindler ze Zbrosławic, który zgubił puszeczkę z maścią jak i wielu innych. 

Nigdy nie kończę na wrzuceniu „fantu” do szuflady…

Jak okazało się jednak- szewc w dziurawych butach chodzi.

Wiedza o własnych przodkach ograniczała się przez kilkadziesiąt lat do dokumentu jakim jest patent szlachecki czyli dokument potwierdzający szlachectwo i przyznający określone przywileje. 

W 1945 roku, po zajęciu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną, miały miejsce masowe aresztowania i deportacje ludności cywilnej do Związku Radzieckiego. Te działania, przeprowadzane przez NKWD i Smiersz, były częścią "Tragedii Górnośląskiej" i miały na celu dostarczenie darmowej siły roboczej do ZSRR. 

Alojzy zmarł w Woroszyłowgradzie, dzisiejszym Ługańsku.

Dociekliwość jeśli chodzi o wszelakie niebanalne znaleziska doprowadziła do poznania choć części historii osób, zamieszkujących miejsca, w których prowadziłem poszukiwania.

Młynarz Ronot z Miechowic i jego „dekiel” od fajki, Heinz Schindler ze Zbrosławic, który zgubił puszeczkę z maścią jak i wielu innych. 

Nigdy nie kończę na wrzuceniu „fantu” do szuflady…

Jak okazało się jednak- szewc w dziurawych butach chodzi.

Wiedza o własnych przodkach ograniczała się przez kilkadziesiąt lat do dokumentu jakim jest patent szlachecki czyli dokument potwierdzający szlachectwo i przyznający określone przywileje. 

Z powyższego dokumentu wynika, że nasz przodek Antoni otrzymał w testamencie z 1717 roku połowę majątku od swojego ojca Andrzeja, syna Szymona we wsi Woźniki na Podlasiu. W 1733 roku ta część majątku została sprzedana przez Stanisława, syna Antoniego w obce władanie. Dalej wymienieni są kolejni aż do mojego pradziadka. Nie będę rozpisywał się w temacie historii rodziny gdyż jest tu dość materiału na osobną publikację. 

Istotnym jest fakt, iż znałem imiona przodków. 

Kto wie, jaki byłby stan wiedzy na temat rodziny, gdyby nie tzw. pandemia i przymusowy „areszt domowy”. W ramach akcji walki z nudą przyszło mi do głowy, by zajrzeć na znane mi już strony poświęcone genealogii w celu odnalezienia śladów rodziny. Zacząłem od wspomnianych wyżej Woźnik ale nic nie wskazywało na obecność „naszych” w tamtych rejonach. Dziś nie pamiętam już jak trafiłem, ale był to strzał w dziesiątkę. We wsi Bucyń, powiat Kowel, województwo wołyńskie w roku 1843 urodził się mój prapradziadek Franciszek Salezy Dobrzyński.

W toku wieloletnich badań okazało się, że rodzina od co najmniej XVII wieku mieszkała na Wołyniu. Odnaleziony, powyższy akt chrztu doprowadził mnie do Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, w którego zasobach są zdigitalizowane księgi metrykalne m.in. przedwojennej diecezji łucko- żytomierskiej. Z początku po omacku, później wiedząc w jakich rejonach szukać, przejrzałem chyba tysiące metryk w poszukiwaniu Dobrzyńskich. Zaowocowało to poszerzeniem wiedzy o przodkach o kilkadziesiąt osób jak również o miejscach, w których przebywali. Przy okazji poczułem wdzięczność byłemu systemowi za obowiązkową , programową edukację w zakresie języka rosyjskiego. Od 1844 r. wpisy do ksiąg metrykalnych dokonywane były w języku zaborcy. 

Dysponując wiedzą o miejscach pochówków coraz bardziej ciągnęło mnie na wschód. W 2023 dysponując czasem podjąłem decyzję- jadę. Zaplanowana na 5 dni trasa obejmowała miejscowości, w których przodkowie żyli jak również cmentarze, na których byli pochowani. Co do ostatnich- najważniejsze były dwa, w Młynowie, pow. Dubno i Włodzimierzu (do 2021 Włodzimierz Wołyński). Na pierwszym spoczął w 1910 prapradziadek Franciszek, na drugim zaś 4xpradziad Piotr (1855) i jego druga żona Julia (1857). Na okoliczność odwiedzin zamówiłem krzyże z tabliczkami upamiętniającymi zmarłych, które chciałem symbolicznie postawić, i tak wyposażony w połowie października wyruszyłem w podróż. Odwiedziłem Kowel i m.in. Bucyń, w którym urodził się prapradziadek, Dubno, Tarakanów w okolicy którego znajduje się słynny fort Zahorce, którego w dniach 7-21 lipca 1920 roku bronił ze swym oddziałem przed konnicą Budionnego major Wiktor Matczyński.

Znalezienie cmentarza polskiego w Młynowie nie było łatwe. Pomocną okazała się starsza pani, która zapytana gdzie to jest wpakowała mi się do samochodu powiedziała:

-Dawaj, ja pakażu!

Okazało się że pozostałości nekropolii stanowią część cmentarza prawosławnego i wyróżniają się płożącą, pokrywającą wszystko roślinnością spod której sterczą 3-4 pomniki, oczywiście żaden z nich nie jest tym, który chciałbym zobaczyć. Nad całością góruje krzyż z napisami po polsku i ukraińsku „Cmentarz Rzymskokatolicki”. Na jego skraju, w pobliżu grobów współczesnych postawiłem krzyż. Kobieta, która robiła porządki w pobliżu zapytała co robię. Po moich wyjaśnieniach opowiedziała o swoich bliskich, zmarłym mężu oraz synach, z których jeden zginął w wypadku Polsce, drugi na trwającej obecnie wojnie. Obiecała opiekować się moim miejscem pamięci.

Z Młynowa ruszyłem w objazdówkę po miejscowościach, w których Dobrzyńscy mieszkali, odwiedziłem kuzynkę w Łucku- moja babcia była Ukrainką, jej ojca, mojego pradziadka zamordowali banderowcy(!). Przedostatniego dnia pobytu zajechałem do Włodzimierza, gdzie miałem postawić drugi krzyż.

Korciło mnie bardzo i po zameldowaniu się w hotelu, położonym przy placu, vis a vis katolickiego kościoła parafialnego pod wezwaniem św. Joachima i Anny, którego proboszczem jest karmelita o. Leszek Koszlaga. Charakteryzuje go długa, siwa broda (zrobiłem rozeznanie w necie). Poszedłem w stronę cmentarza. Ponieważ w październiku szybko się ściemnia szybko zrezygnowałem z rekonesansu. Rano wyszedłem po bułki ale widząc przy kościele samochód i stojącego przy nim mężczyznę podszedłem tam. Zobaczyłem że drzwi świątyni zamyka znany mi ze zdjęć proboszcz, zagadnąłem go przedstawiając cel mojej wizyty wraz z prośbą o zgodę na postawienie krzyża (podobnie uczyniłem w Młynowie uzyskując akceptację batiuszki). Dowiedziałem się że cmentarz jest administrowany przez gminę i trzeba jej zgody. O. Leszek nie mógł poświęcić mi więcej czasu gdyż jechał w teren na mszę i pogrzeb i na szybko doradził, bym odszukał na ulicy Lodomyrskiej p. Zosię, która kiedyś opiekowała się cmentarzem i wszystko wie. Zapomniałem o bułkach na śniadanie i popędziłem na Lodomyrską. Będąc jednak w pobliżu cmentarza postanowiłem najpierw tam zaglądnąć a później szukać p. Zosi. Po wejściu za bramę od razu rzuciły mi się w oczy stare polskie nagrobki. Cmentarz funkcjonuje do dziś, chowa się na nim obecnie prawosławnych, głównie na wschodniej części. Krążyłem między pomnikami odczytując inskrypcje. Zwróciłem uwagę na daty pochówków 1856-57 czyli lata, gdy pochowani zostali „moi”.W pewnym momencie usłyszałem wołanie:

-Czego tam szukacie?

Była to kobieta, która sprzątała wraz z mężczyzną grób nieopodal. Podszedłem i wytłumaczyłem, że nie szukam gdyż raczej nie znajdę grobu. Usłyszałem:

-A my mamy plan.

-Jaki plan?, zapytałem.

Kobieta poleciła mi iść z nią. Opowiedziałem jej o proboszczu i Zosi, której kazał szukać.

-To moja mama, odpowiedziała.

Po kilku minutach siedziałem u p. Zosi w kuchni przed rozłożonym na stole planem cmentarza i alfabetycznym spisem pochówków. Nogi się pode mną ugięły mimo tego że siedziałem gdy zobaczyłem w spisie Piotra Dobrzyńskiego, zmarłego w 1855 i Julię- 1857 (daty były mi znane z metryk). 

Plan cmentarza wraz ze spisem pochowanych sporządził w 2005 roku Anatol Sulik (wielkie mu dzięki). 

Za Wikipedią: 

Anatol Franciszek Sulik (1952-2014) – historyk, znawca Wołynia, publicysta. Urodził się w rodzinie o polsko-ukraińskich korzeniach w Lubomlu na Wołyniu.  Społecznie porządkował i odnawiał polskie nekropolie na terenach należących kiedyś II Rzeczypospolitej. Przeprowadził pełną inwentaryzację 12 cmentarzy, na których odnalazł blisko 1200 polskich grobów i ustalił ponad 660 nazwisk spoczywających w nich zmarłych. Sporządził dokumentację obejmującą także inne zabytki związane z polskością na Wołyniu.

Wyciągnąłem obie kobiety na cmentarz i rozpoczęły się poszukiwania. Było nerwowo gdyż każdy interpretował plan po swojemu. W końcu wyszło na moje- szukamy obok alejki. Ponieważ plan nie był skalowany działaliśmy na wyczucie. W przedmiotowym rejonie był tylko jeden nagrobek z resztkami ułamanego, żeliwnego krzyża zapewne. Zrezygnowany stwierdziłem, że jeśli to ten to i tak nie będę miał pewności. Coś mnie jednak pchnęło w kępę krzaków. Wbiwszy się w nie dostrzegłem trzy granitowe elementy pomnika. Na jednym z nich, spod mchu prześwitywał napis- „PIOTR DOBRZYŃSKI”. Po raz drugi tego dnia zrobiło mi się miękko w nogach i mokro pod powiekami. Niesamowite!

Chciałem tylko krzyż postawić a tu… trzeba krzyż postawić. Okazało się że pomnik, stojący na lichej podbudowie z cegieł, które zmurszały przez 160 lat, przewrócił się znajdując schronienie w rosnącym krzewie, co być może uchroniło go przed ponownym wykorzystaniem, jak praktykowane było w przypadku starych nagrobków.

Trzy elementy przeleżały nie wiadomo jak długo w ukryciu i dzięki szeregowi zbiegów okoliczności powróciły na swoje miejsce. Okazało się że mąż Oksany, córki pani Zosi jest kamieniarzem. Dogadaliśmy szczegóły i dziesięć (!) dni później wszystko wróciło na swoje miejsce. Ze względu na słabo czytelne inskrypcje dodałem tablicę by wiadomo było kto spoczywa w tym miejscu.

Miesiąc później znów nie wytrzymałem. Obwieściłem rodzinie że jadę… Synowie chcieli ze mną więc zarządziłem że jedziemy wszyscy. Nakazałem chłopakom pamiętać o tym miejscu. Myślę że starszy Leon będzie dbał o to, do czego ojciec doszedł.

Oksana na każde święta przysyła zdjęcia grobu o który dba, ja jej też przesyłam- na kwiatki.

Happy end? Tak, tylko czy tak by się stało, gdybym nie namacał wykrywaczem krzyża z grobu Juliusza, posiadł dyplom Alojza, wszedł w świat genealogii? Nie wiem… Wszystko zaczęło się jednak od detektora.

Krzyż, zamiast trafić na cmentarz we Włodzimierzu, zastąpił niszczejący na grobie pana Stasia, który spoczywa obok mojej teściowej. Ponieważ nikt go nie odwiedza, zarządziłem, że tam spocznę i mam zostać dopisany do Stanisława. O nasz nagrobek zadbam niebawem.

Tabliczka, która miała zawisnąć na krzyżu, wmontowana została w kawałek cegły stanowiącej niegdyś fundament pomnika pradziada Piotra i jego drugiej żony, Julianny.  Stoi na półce obok łóżka.  

Pierwsza żona Piotra, moja praprapraprababka  zmarła w 1819 i spoczęła w Falemiczach pod Włodzimierzem.

Do tego też dotarłem, a jakże…

Janusz Dobrzyński, lipiec 2025.

Michał Beer
"Rok 2084"

Rok 2084.

To był już piąty rok tej cholernej zarazy, wścieklicy mózgu. Po IV ogólnoświatowym konflikcie zbrojnym, w którym użyto broni biologicznej i nuklearnej ludzkość zeszła do podziemia, dosłownie i w przenośni. Bez działających fabryk, internetu, elektrowni, zdani na stare ogniwa słoneczne, powerbanki i dynama od stuletnich rowerów, książki, filmiki zgrane w ostatniej chwili z Jutuba i wiedzę dostępną nielicznej staszyźnie, zraszani radioaktywnym deszczem ludzie szybko zapomnieli o dawnych luksusach, życiu kulturalnym i czytaniu poezji. Teraz liczyło się tylko przetrwanie. I właśnie wtedy, kiedy Henk z rodziną urządził się jako tako w ziemiance „Wira” spadła na świat ta zmutowana zaraza. 

Henk od zawsze interesował się historią, zwłaszcza XX i początkami XXI wieku. Na jego hobby wpłynęła szczególnie III wojna światowa, zwana wschodnio-zachodnią i lecące w jej trakcie w Internecie stare filmy o I i II wojnie światowej. Przywódcy zaangażowanych w nowy konflikt państw chcieli chyba pokazać, jak cywilizowanie w przeciwieństwie do XX-wiecznych mogą wyglądać współczesne wojny i że wobec tego warto wpłacać pieniądze na narodowe serwery. Henk wpłacił nawet zylion euraczy i jako bonus do transmisji live z głównego frontu działań dostał transfer 300 TB na wykorzystanie starego archiwum Jutuba. Bruno polecił mu wtedy odcinki niejakiego Oskara Bacha, który popijając Yerbę gawędził o starych czasach, partyzantach i ich ziemiankach. To właśnie w jednym z odcinków Bacha zobaczył ukryty w Puszczy Solskiej tzw. bunkier „Wira” i kiedy w końcu to wszystko pierdzielnęło po raz czwarty postanowił przenieść się ze swojego napromieniowanego miasta do serca Roztocza.

– Skoro przetrwał szkopa, komunę i azjatycki pop, to przetrwa i IV konflikt światowy. Będziemy tam bezpieczni – stwierdził, po czym zarządził wielkie pakowanie i przenosiny swojej rodziny do ziemnego dołu, koło Trzepietniaka. Pierwsze kilka lat żyło im się jak w raju. Weki, wnyki, turbina wodna i wiatrowa, leczenie poparzeń słonecznych i odmrożeń, wszystko to wyczytał ze starych książek i gazet. Rzeka Szum obfitowała w pstrągi i pijawki, a lasy w jagody, grzyby i kleszcze. 

Z czasem Henkowi, jego żonie i dzieciom cnić się zaczęło na tym ziemskim łez padole z dala od znajomych, codziennych 5 km na bieżni i jedzenia w tubkach. Wtedy za dwa słoje jagód i zegarek kupił w Biłgoraju na targu staroci wykrywacz metali, który jak zapewniał go sprzedawca da mu więcej radości niż chińska zupka, a o serce zadba lepiej niż najlepszy kardiolog. Początkowo ganiał z wykrywaczem po leśnych wzgórzach wyciągając z ziemi przeróżne meliszcze nieznanego przeznaczenia. Najwięcej radości dawało mu wyciąganie spod ściółki w ilościach wprost zatrważających dziwnych metalowych kubeczków. W ziemiance z kubeczków pili, z nich jedli, w nich trzymali przetwory, nimi obdarowywali gości i wykładali ściany w obawie przed kolejnym nuklearnym konfliktem. 

Kolejnej wojny jednak nie było, zamiast niej świat opanował wirus, tzw. wścieklica mózgu. Ponoć połączenie użytej w ostatniej wojnie broni nuklearnej i biologicznej wywołało niezamierzony efekt w postaci powstania nieznanej dotychczas lub jak twierdzili niektórzy dawno zapomnianej epidemii. Byli też tacy, którzy winą za zaistniałą sytuację obarczali czcicieli równonocy wiosennej i miłośników wiewiórek, ale Henk nigdy nie wierzył w teorie spiskowe o kulistości ziemi i istnieniu rudych, puchatych stworzeń. Dla niego liczyły się fakty, a fakty krzyczały w ucho Henka, rzucały obrazy w jego oczy o konających w konwulsjach ludziach. Pierwszym, którego zobaczył w agonalnym stanie był sprzedawca z pchlego targu z Biłgoraja, do którego Henk udał się, żeby wymienić wykrywacz na inną pocieszną rzecz, kiedy to wybrał już wszystkie metalowe kubki z lasu i aparat stał się bezużyteczny. Sprzedawca zdołał wyszeptać wtedy tylko kilka słów, z których Henk rozpoznał jedynie: „odszukaj… Saper… przeklęte… ID 15”. 

Tego wieczoru Henk nie mógł usiedzieć na miejscu. Sen nie przychodził, polerowanie cynkowych kubków nie dawało spodziewanego ukojenia. Sowy złowrogo pohukiwały nad ziemianką, a w uszach brzmiało echo słów zwijającego się w agonii sprzedawcy staroci: odszukaj… Saper… przeklęte… ID 15. Co do diaska mogły znaczyć te słowa? Henk wygrzebał stary słownik języka polskiego i otworzył na literze „o”. „Odszukać” – znaleźć kogoś/coś zgubionego, zaginionego, odkryć coś. – Do cholery, przecież znam to słowo, czy mój mózg zaczyna już chorować na wścieklicę? Szybko przewertował kilkadziesiąt stron i wyszukał słowo „saper” – człowiek, który myli się tylko raz. – Czyli w zasadzie człowiek nieomylny – pomyślał na głos. – Muszę zatem odszukać człowieka nieomylnego, tylko gdzie takiego znaleźć? Już nasz rząd miał być nieomylny, kiedy obiecywał uchronić nas przed kolejnym konfliktem. Odszukać, odkryć… - jego wzrok powędrował z kolei na półkę pożółkłych magazynów „Odkrywca”, z których próbował dowiedzieć się ostatnio o roli jaką w XX-wiecznych leśnych społecznościach odgrywały znajdowane hurtowo przez niego metalowe kubki. Wziął w ręce przypadkowy numer z trzeciej dekady XXI w. i zobaczył na okładce: „Wywiad z Saperem”. A więc nieomylny człowiek istniał. – Zaraz, zaraz przecież to Oskar z Jutuba, tylko dlaczego podpisuje się imieniem Artur? Czy może wzorem dawnych partyzantów, „Ponurego”, o którym wspominał, czy „Wira”, w którego ziemiance sam teraz mieszkam, Saper miał wiele pseudonimów? Henk zasnął męczony wciąż nowymi kłębiącymi się pod sklepieniem ziemianki pytaniami. 

Rano postanowił. – Ruszam na poszukiwania Sapera – wziął w ręce wyblakły numer „Odkrywcy” i wyruszył na zachód, gdzie jak słyszał od wieków podążali ludzie szukający ratunku w potrzebie, najczęściej natury finansowej. Spotykał po drodze ludzi podobnych sobie, poszukiwaczy z detektorami metali w ręku, goniących za różnymi precjozami. Pod Sandomierzem poznał grupę ludzi, których wykrywacze odnajdowały srebrne, okrągłe przedmioty zwane „polmosami”. Z ciekawością oglądał całe worki tych cennych przedmiotów, z kolei owi ludzie z wypiekami na twarzy i otwartymi ustami chłonęli jego opowieści o setkach cynkowych kubków wykopywanych przez niego między Aleksandrowem a Góreckiem Kościelnym. Zasiste, pomyślał Henk, podróże kształcą.

Dowiedział się również, że starzec, który się nie myli zwany Saperem, Oskarem, a przez niektórych nawet Arturem mieszka w jaskini na Jurze skąd każdego 13 dnia miesiąca nadaje swój test systemów łączności i to jego poradom sandomierska grupa zawdzięcza sukcesy wydobywcze „polmosów”. Tam też skierował swoje kroki Henk. Po tygodniu włóczęgi, napotkawszy jeszcze ludzi handlujących bransoletkami wykonanymi z odnajdywanych ptasich obrączek i dziwne plemię zbierające łuski, pociski, a nawet naboje, stanął w końcu przed ciemną, jurajską pieczarą. A wszędzie gdzie szedł kroczyła także kostucha niosąca wścieklicę mózgu.

- Saperze, Oskarze, Arturze, człowieku wielu imion, czy tam jesteś? – zakrzyknął w mroczną czeluść. Wtem poczuł szturchnięcie w ramię, obrócił się i spostrzegł siwego starca, z długą brodą, w kolorze Yerby. – Dlaczego krzyczysz wędrowcze, przecież nie jestem głuchy, choć jestem już bardzo stary. Pozory niech jednak nie mylą cię, ty  który przybywasz tu zapewne z pytaniem o poszukiwania i detektory metali. -  odparł spokojnie starzec. 

- Spodziewałem się ciebie w jaskini, dlatego krzyczałem.

- Po co miał bym tam siedzieć, kiedy mogę wygodnie leżeć w hamaku popijając Yerbę i obserwując piękną Jurę i beboki. Z czym do mnie przychodzisz?

- Wyjaśnij mi na początku jak się naprawdę nazywasz? – zapytał Henk.

- Niech nie słowa, a czyny mówią o tobie, niech imię twoje nieważne będzie a wiedza którą posiadasz. – enigmatycznie odpowiedział starzec. 

- Przychodzę zaiste z pytaniem o słowa, które w swoich ostatnich sekundach życia skierował do mnie pewien sprzedawca wykrywaczy metali i innych starożytnych rzeczy z Biłgoraja. A słowa te brzmiały: „odszukaj… Saper… przeklęte… ID 15”.

Następny kwadrans wypełnił śmiech Sapera, przerywany pociągnięciami Yerby. 

- ID 15? Tak powiedział? Hahaha. Człowiek, któremu śmierć zajrzała w oczy powiedział ID 15?

- Tak właśnie powiedział. Czym jest przeklęte ID 15? – spytał Henk.

- Znałem tego człowieka, szukaliśmy razem depozytów, zrzutów, śladów obozowisk „Ponurego”. To, że wspomniał o ID 15 to nie przypadek, był lekarzem a w ID 15 może leżeć klucz do ocalenia ludzkości, a przynajmniej ciebie i mnie. Tylko, czy jesteś dość wnikliwy, żeby zgłębić tajemnice poszukiwań z wykorzystaniem zapomnianej technologii dyskryminacji?

- Zrobię wszystko żeby nie skończyć jak on. Znam się na poszukiwaniach cynkowych kubków.

- To za mało. Pokaż jak machasz wykrywaczem. 

Henk omiótł szybko teren przed jaskinią wręczonym mu przez Sapera aparatem.

- Za szybko. Szukając tak opuszczasz wiele potencjalnie ciekawych sygnałów. Poza tym zapomniałeś o najważniejszym. Nie dostroiłeś detektora do gruntu. Jeżeli chcesz zbawić ludzkość czeka cię jeszcze wiele nauki. Tylko, czy jesteś wystarczająco dociekliwym poszukiwaczem?

Kolejny tydzień upłynął Henkowi na zgłębianiu podstaw, trzonów oraz nadbudów pracy z wykrywaczami metali. Podczas tych dni Henk kopał doły głębsze od niego samego i wyciągał z nich kule armatnie. Machał wykrywaczem w rytm walców, tang i fokstrotów, odnajdował kamienie magnetyczne i rudy darniowe. Odseparowywał się skutecznie od wód gruntowych i promieni słonecznych. Szukał w dzień, w nocy, przy bladym świetle księżyca i w mocnej smudze latarki czołówki. 

- Teraz najważniejsze – powiedział w końcu Saper – zapomnij o wszystkim czego cię nauczyłem, bo wiedza ta aczkolwiek ciekawa i potrzebna wnikliwemu poszukiwaczowi, dla twojej misji będzie nieprzydatna. Zawęzimy teraz zakres poszukiwań na detektorze przy użyciu dyskryminacji wybiórczej. ID 15 to przewodność metalu o jaką nam chodzi, wyeliminujemy przeto wszystko to, co nią nie jest zostawiając mały margines, gdyż na wskazania wykrywacza oprócz samej przewodności metalu wpływ ma…

- Tak wiem, mówiliśmy o tym przez ostatnie 7 dni. – odparł zniecierpliwiony coraz bardziej Henk.

- Niech twoja dociekliwość nie zostanie choć na chwilę uśpiona, bo kostucha tylko na to czeka. Pamiętaj, że najsłabszym ogniwem pomiędzy przedmiotem metalowym a detektorem metali jesteś ty sam. 

- Ok, rozumiem. Czy dowiem się w końcu o co chodzi z tym przeklętym ID 15?

- Kiedyś dawno temu, kiedy kopaliśmy Visy, jak ty teraz cynkowe kubki do żywicy, naszym największym utrapieniem oprócz polmosów, pazłotek po papierosach, kapsli było właśnie ID 15. Na ziemi żyły wtedy jeszcze lisy, dawno wymarły gatunek ssaka z rodziny psowatych, o rudym ubarwieniu, długości ciała od…

- Wiem co to były lisy, moja żona ma z nich szal.

- Właśnie… – smutno spojrzał na niego starzec i zamyślił się przez chwilę. – Otóż lisy roznosiły dość powszechną wówczas chorobę, wściekliznę, a jedynym sposobem na wyeliminowanie jej był odstrzał chorych osobników i prewencyjne szczepienia zdrowych. Jako, że lisy zamieszkiwały głównie tereny leśne, jako że psowate z gatunku Vulpes vulpes żywiły się głównie innymi…

- Czy możemy przejść do rzeczy, jestem wnikliwy jeśli chodzi o detektory metali, ale dawno wymarłe ssaki mnie nie interesują. – odparł szorstko Henk.

- A powinny, bo to właśnie one stanowią być może klucz do odkrycia lekarstwa na obecną epidemię wścieklicy mózgu, a śmiem twierdzić, na odrodzoną starą, dobrą wściekliznę. – smutnie skonstatował starzec. – W celu uchronienia ssaków przed wścieklizną najlepszą ochronę dawała szczepionka w postaci przynęty rozrzucanej z samolotów nad obszarami leśnymi. Coroczne zrzuty dodawały na mapie każdego poszukiwacza setki nowych sygnałów o ID 15, które i tak kopaliśmy w nadziei, że za 100 razem natrafimy w końcu na jakąś rzadką monetę.

- Czy to kiedyś nastąpiło?

- Nie, przeklęte ID 15. – twarz starca zaczerwieniła się, a w kącikach ust pojawiła się piana. 

- Czy uważasz, że stare szczepionki mogą być jeszcze skuteczne?

- Nie wiem, ale jest to nasza jedyna szansa. Nowe wykrywacze skutecznie eliminowały niepożądane sygnały, ale stare, dobre Rutusy, urządzenia dla…

- Tak wiem, urządzenia dla dociekliwych poszukiwaczy. – dokończył Henk.

- Tak, stare Rutusy nadal mają taką możliwość. Nie wiedziałem, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś ucieszyć się na ID 15. – Saper uśmiechnął się, a w kącie oka zakręciła się ledwie widoczna łza.

- Jak widać o tym, co jest, a co nie jest śmieciem nie decyduje ID, ale okoliczności – dodał. 

- To tak jak z poszukiwaniami, poszukiwaczami i detektorami, nie ma złych poszukiwań, są niezbyt dociekliwi poszukiwacze. – odparł Henk.

- Jo – uśmiechnął się Saper. – Teraz jesteś już gotowy żeby wyruszyć po swoją przygodę.

- A ty? Nie idziesz ze mną? Z twoim doświadczeniem, moimi nogami i zasobnymi w stare śmieci leśnymi terenami moglibyśmy wiele zdziałać.

- Ja mam jeszcze tu sprawę do załatwienia. Nie powiedziałem ostatniego słowa w temacie „Ponurego”, ostatnio natrafiłem na nowe dokumenty rzucające światło na kolejne obozowiska leśne i miejsca ukrycia depozytów. Poza tym każdy w poszukiwaniach powinien kierować się swoją pasją i tym, co go nakręca. Wnikliwy poszukiwacz…

- Tak wiem…, a w zasadzie nie wiem, co powinien robić wnikliwy poszukiwacz? – zapytał Henk.

- Wnikliwy poszukiwacz powinien uczyć się cały czas, testować, sprawdzać swoją wiedzę. Weryfikować w terenie…

- Ok, myślałem, że oświecisz mnie w końcu jakąś życiową prawdą. – skomentował Henk.

- To jest właśnie ta prawda. Pamiętaj, że pół wieku w ziemi, różne warunki terenowe, musisz cały czas weryfikować, czy ID 15 nadal faktycznie jest 15.

- Dziwny człowiek, taki starej daty – pomyślał Henk idąc w kierunku Wisły, za którą czekała na niego misja uratowania swojej rodziny, a być może i świata. A idąc cały czas przemiatał teren przed sobą starym wykrywaczem nasłuchując sygnałów szczepionek na lisy. – Być może kiedy już wszystko to się skończy, wyłączę dyskryminację i przeszukam swojej rewiry w poszukiwaniu śladów „Wira” i innych partyzanckich oddziałów, ale to będzie już zupełnie inna historia…

Autor:
Michał Beer